Jakub Teichmann
7.7.1978
| WARSZAWA | SZEF
KUCHNI
Szwagier z Poznania bilet kupił mi na mecz,
z szalikiem Legii siedzę wśród kibiców Lecha.
Jakub (i nie Kuba, do wszetecznicy nędzy) chyba wszystko już w życiu swoim pełnym wrażeń robił, wszystkim zdążył się zafascynować i wszystkiego spróbować. Ma dyplom Wydziału Matematyki Uniwersytetu Moskiewskiego, a jego autorski sposób na relaks to rozwiązywanie zadań ze zbiorów, które pamiętają jeszcze poprzedni system. Równocześnie studiował matematykę, tworzył i rozwiązywał jej problemy, i uczył się swojego zasadniczego fachu pod okiem jednego ze znamienitszych moskiewskich szefów kuchni. Taki mały masochizm i spanie trzy godziny na dobę. W końcu kiedyś trzeba podstawę pod przyszłe zmarszczki wyhodować. Jednak Jakub ma to do siebie, że lubi sobie czasem przeprowadzić rewolucję w życiu, więc po studiach wrócił do Warszawy i zamiast łapać posadę nauczyciela w porządnym liceum, robić doktorat albo chociaż szukać hotelu, który do swojej ekskluzywnej restauracji potrzebował utalentowanego kucharza i późniejszego szefa kuchni, on wymyślił sobie OSP. Szkoda, że księdzem mu się nie zachciało zostać. Strażakiem był radośnie przez prawie pięć lat, a jego przygoda z przeciwdziałaniem pożarom i ich skutkom zakończyła się bardzo spektakularnie - upadkiem z wysokości, zawaleniem się budynku, podróżą do innego wymiaru i, po dwóch dniach lekarskich debat, niezbyt czułym pożegnaniem z lewym przedramieniem. A przynajmniej sporą jego częścią. To był prawdopodobnie dobry moment, żeby zastanowić się nad swoim życiem, ale od Jakuba nie należy zbyt wiele wymagać w tych kwestiach, więc nikogo nie zdziwiło, że zamiast w końcu wziąć się za jakąś normalną i mało ryzykowną pracę naukową, wyjechał do Szwajcarii (dlaczego akurat tam - milczy Tacyt) i w Genewie załapał się najpierw na posadę w jednej z hotelowych restauracji, a później zaczął gotować dla państwa młodych i ich gości. I oto jest!
___________________
Cześć, jeśli blog nie umrze, a ja się wkręcę w temat - karta będzie rozbudowana.
Johnny Depp.

[Witamy ciepło :) Życzymy dobrej zabawy ]
OdpowiedzUsuń[Hejka :D oczywiście, że wącimy w końcu po to tu jesteśmy :D
OdpowiedzUsuńPomysł: Szefuńcio kuchni jest ważny dla prezesa przecież ;p no i Diego z chęcią przychodzi do Jakuba by próbować jego dania no nie ^^ zaczniesz. A w ogóle Johnny *.* ]
Diego
[Johnny Depp <3
OdpowiedzUsuńWitam bardzo serdecznie i już na wstępie muszę przyznać, że fajny facet z tego Kuby, tylko przedramienia mi żal, biedaczysko.
No cóż, chyba jakiś wątek wypadałoby skombinować, prawda?]
[Wiem o co chodzi, ja dziś jadę do domu i muszę ogarnąć swój komputerowy kącik xD a jak sesja poszła? ;p Nie mogę się z Diego doczekać nowego Menu ^^ ]
OdpowiedzUsuńDiego
Monica zazwyczaj ogarniała wszystkich swoich pracowników. Znała ich z imienia i z nazwiska, wiedziała w którym miejscu w hotelu można znaleźć ich najczęściej i na jakie zmiany pracują.. Wiedziała co, gdzie i jak. I przede wszystkim wiedziała po co. Nawet jeśli przyjmowano do pracy kogoś 'bez jej wiadomości', to przeciągu kilku dni starała się nadrabiać brak wiedzy w tym temacie, ot tak po prostu żeby być na bieżąco i wiedzieć z kim ma do czynienia w pracy.
OdpowiedzUsuńSiedziała akurat nad sprawozdaniami i innymi tabelkami, gdy ktoś zapukał do jej niewielkiego, ale całkiem przytulnego gabinetu. Nie podniosła nawet głowy zapraszając gościa do środka, bo była więcej niż pewna, że w końcu nowa asystentka Diego, przyniosła jej papiery, o które prosiła od dobrych trzech dni.
[Fajnie by było, gdyby Jakub darzył Dianę takim ojcowskim uczuciem, w sensie, troszczył się o nią, motywował do działania, pilnował żeby nie zrobiła niczego głupiego, a nawet w razie konieczności - zasadził kopa w tyłek. W zamian ona łaziłaby za nim i zamęczała wesołym trajkotaniem. Szczególnie jeśli wpadłaby na na szalony pomysł upamiętnienia dzieł Szefa Kuchni na zdjęciach. Nie wiem czy Ci to odpowiada czy też nie, jeszcze przypadkiem zepsułam koncepcje postaci i zjesz mnie żywcem :D
OdpowiedzUsuńPs. Uważaj na kreta, bo krety są niebezpieczne! :3]
[Oho, oho, ktoś oglądał Star Treka! Już cię kocham!<3 Tak, proszę, wątek jest tutaj konieczny. Tylko jakoś pomysłami to ostatnio nie grzeszę *głupia ja, głupia ja*. Mogę ewentualnie podrzucić coś okropnie dennego, chyba że ty masz jakieś fajne idee.]
OdpowiedzUsuńMathias
[Wątek! Wątek! Wątek! :D Nawet mam pomysł na powiązanie, jeśli oczywiście masz ochotę, otóż Lilith ma dwie lewe łapy jeśli o gotowanie chodzi, więc może ją łaskawy pan dokarmiać czasami, hmm? Poflirtować też czasami chyba można, prawda? Bo cóż to za grzech?!(pomińmy różnicę wieku drobny szczegół:D)]
OdpowiedzUsuńLilith
[Ja tam czasem już nie nadążam, więc z przezorności wolę się upewnić, żeby później nie strzelić gafy! :) Hm, preferuje raczej średnią długość; bez wypracowań i trzy zdaniowych wypowiedzi, ale na ogół jestem wyrozumiała, więc hulaj dusza piekła nie ma. Pisz jak Ci wygodnie! :D]
OdpowiedzUsuńDiana
[Jeżeli o długość chodzi to podzielam zdanie Pani nade mną:) ]
OdpowiedzUsuńLilith
- OMÓJBOŻE! - prawie nie spadła z krzesła. Nie żeby była jakoś wyjątkowo strachliwa, ale w momencie w którym spodziewasz się ewentualnie kobiecego głosu, a atakuje cie jakiś niski, WYBITNIE męski, masz prawi dostać mikro zawału serca, zwłaszcza gdy jesteś akurat w trakcie przeglądania setnej strony z wzorami wizytówek, bo tobie akurat szef zlecił wymianę tych strach (które według ciebie są wystarczająco fantastyczne). Tak wtedy masz prawo dostać zawału, krzyknąć OMÓJBOŻE i załapać się za serce zastanawiąjac się czy już umarłaś, czy jeszcze trochę pożyjesz.
OdpowiedzUsuń- Czy może mi pan wytłumaczyć, dlaczego właśnie osierocił pan w połowie moje własne, prywatne dziecko? - nie brzmiało to zbyt poważnie, chociaż Monica była wyjątkowo poważna. W końcu ktoś chciał ją zabić!
- Siedem franków? - spojrzała na niego trochę jak na idiotę bądź prowadzącego program w stylu 'Mamy Cię'. Monica zazwyczaj nie patrzyła na ludzi jak na idiotów, ale w momencie, w którym przynosili jej wyciągi z konta opiewające na tak śmieszne sumy, nie wiedziała czy ma się śmiać czy płakać. Zwłaszcza wtedy kiedy nie kojarzyła nawet osoby wręczającej jej to dziwne coś. Przeanalizowała uważnie kartkę, którą wręczył jej mężczyzna i pominęła osierocanie dzieci (zarzut był żenujący, nie ukrywajmy, ale ostatnimi czasy Monica robiła bardzo wiele żenujących rzeczy, więc nauczyła się już maskować totalne zakłopotanie i rumieniec). Spojrzała również na nazwisko właściciela konta, później na samego właściciela ów konta, a później ponownie na kartkę i tak jeszcze kilka razy.
OdpowiedzUsuń- To pan tu pracuje? - kompletnie go nie kojarzyła, co się raczej nie zdarzało.
-Omójboże... - tak, był jeszcze jeden moment, w którym można było mówić 'omójboże'. Był to moment, w którym dopiero do ciebie docierało, że twarz siedzącego przed tobą faceta znasz jedynie ze zdjęcia, bo od pół roku obiecujesz sobie, że w końcu zejdziesz do kuchni i poznasz go osobiście, ale nie możesz nigdy tego zrobić, bo coś zawsze stoi ci na drodze. Nazwijmy to przeznaczeniem, czy innym skurwysyństwem, które właśnie sprowadziło cię do poziomu intelektualnej, managerskiej ameby, która nie zna najważniejszego pracownika w firmie.
OdpowiedzUsuń- Przepraszam, choć to wcale mnie ni usprawiedliwia, znam pana jedynie ze zdjęcia, bo ciągle wybierałam się do pana, żeby poznać osobiści i ciągle coś stawało mi na drodze... A na tym... - przekopała dokładnie jedną z teczek i wyciągnęła z niej kartę z widniejącym na niej zdjęciem szanownego pana Jakuba -... Na tym jest pan do siebie dość nie podobny. Ale proszę mi wybaczyć, moja wina. Manager nie powinien się usprawiedliwiać w tak kretyński sposób... Nikt nie powinien w zasadzie - mruknęła bardziej do siebie niż do niego i wklepała w komputer kilka danych odnośnie ostatniej wypłaty, mając przy okazji nadzieję, że co jak co ale podkład zakupiony przez nią ostatnio, idealnie zakrywa purpurę na jej policzkach.
- Tak wiem, w ogóle nie powinnam tego mówić, bo taka sytuacja w ogóle nie powinna mieć miejsca, więc nie pozostaje mi nic innego jak prosić pana o przysłowiowe namaszczenie. - przyznała z lekkim uśmiechem, po czym ponownie spojrzała na ekran swojego komputera. Właśnie wtedy dotarło do niej, ze chyba powinna posprzątać na biurku, na którym leżało milion tysięcy kartek, laurek i zdjęć z Roy'em. Nie wyglądało to zbyt profesjonalnie, ale z drugiej strony, kto oczekiwał od niej jakiegokolwiek profesjonalizmu?
OdpowiedzUsuń- Sprawa wygląda tak... Po podwyżce w tym miesiącu, księgowa na nowo wprowadzała dane do systemu i machnęła się z przecinkiem między poszczególnymi cyframi. Bardzo przepraszam za zaistniałą sytuację, jeszcze dzisiaj naprawię błąd i jutro z samego rana będzie miał pan prawidłową sumę na koncie. Może być?
- Royale! - powiedziała z lekkim rozbawieniem przyglądając się dziecku, a raczej fotografii z dzieckiem na pierwszym planie. Roy nie był normalny, zdecydowanie! Zresztą, mając mamę, blondynkę, nie mógł być normalny. Pewnie dlatego ganiał za wszystkimi koleżankami, rozwalał im najładniejsze warkoczyki i psuł paniom nauczycielka cały schemat, wcześniej ustalonego dnia. Roy był psują, choć idealnie obsługiwał telewizor i laptopa, w przeciwieństwie do Moni, która psuła wszystkie sprzęty elektroniczne w mniej niż minutę.
OdpowiedzUsuń- Wiem, przepraszam, pewnie powinnam zrobić tu w końcu porządek, ale jakoś nie mam do tego serca.
- To zależy czy pytasz o zdjęcie czy o bałagan na biurku, bo jeśli o mojego syna to.. Nie da rady. Uwierz mi, próbowałam wielokrotnie - powiedziała z lekkim rozbawieniem - A jeżeli o biurko, to dziękuje za chęć pomocy, ale chyba w końcu muszę nauczyć się sama organizować sobie pracę, nie tylko w komputerze, ale przede wszystkim w miejscach, w które łatwy wgląd ma osoba chętna do współpracy lub pracownik. Mam nadzieję, że kiedyś mi się to uda - dodała z uśmiechem wciąż spoglądając z lekkim rozczuleniem na zdjęcie swojego syna.
OdpowiedzUsuń- Ym... w zasadzie to nie wiem, jestem tylko blondynką. ten argument zawsze działa - powiedziała z lekkim rozbawieniem, po czym spojrzała na niego z uśmiechem - Jutro będzie miał pan poprawny stan konta. A z księgową porozmawiam, bo to ona powinna od razu wyjaśnić całą sytuację, żeby nie musiał się pan tutaj fatygować - przyznała z uśmiechem, zabierając sprzed niego kartkę z mało aktualnym zdjęciem.
OdpowiedzUsuń- Nie płacą mi za zachowywanie pozorów, gdyby tak było, już dawno wybudowałabym istną willę z basenem , a mój syn miałby upragnionego kucyka, BMW i stado koleżanek z klasy uganiających się za jego rasowym szczeniakiem, wprost z paryskich wybiegów mody dla psów - przyznała mrużąc lekko oczy. Miała szczerą nadzieję, że ów pan Jakub odbierze to jako delikatny żarcik z jej strony, który już dawno-dawno temu wpędził ją w niemałe kłopoty, ale jakoś nie umiała z niego zrezygnować.
OdpowiedzUsuńDiego nie miał nic do powiedzenia, gdy odziedziczył firmę ojca. Nikt nie spodziewał się, że pan Fernandes umrze w kwiecie wieku. Nawet Diego. A on miał zaledwie dwadzieścia cztery lata, gdy firma Wedding Studio została przekazana w jego młode ręce. Sam Diego wiedział, że osoby starsze, a pracujące w firmie dłużej od niego kpią z jego działań. Był młody, niedoświadczony, więc nie dziwił się, że pracownicy starsi od niego nie bardzo chcą z nim współpracować.
OdpowiedzUsuńAle były też takie osoby jak Jakub, który nie pokazywał po sobie, że nie trawi nowego prezesa. A właśnie tego dnia Diego miał spotkanie z szefem kuchni. Nowe dania, nowe menu. Wszystko miało być sprawdzone przez niego. Prezes udał się do głównej kuchni, gdzie czekał na niego Jakub.
-Witaj. - powiedział uprzejmie wchodząc do pomieszczenia, gdzie pachniało niezwykle smacznie. - Zacznijmy od razu od nowego menu, żeby niczego nie przedłużać. Więc co przygotowałeś?
Diego